
X-men. Saga Miotu – okładka
Mucha Comics w zbiorze Saga Miotu prezentuje nam przygody X-men z okresu szczytowej popularności tej serii. Nie wątpię, że wielu z nostalgią sięgnie po te komiksy. Zwłaszcza że omawiany tom nie zawiera przedruków wcześniejszych wydań z zamierzchłych czasów TM-Semic.
Gratka dla miłośników TM-Semic
X-men. Saga Miotu i zawarte w niej zeszyty 154-167 Uncanny X-men idealnie wypełnia lukę pomiędzy Sagą Mrocznej Phoenix, od której rozpoczęto wydawanie przygód mutantów w Polsce, a późniejszymi komiksami z rysunkami Barry’ego Windsora-Smitha czy Johna Romity Jra. Z sobie tylko znanych przyczyn TM-Semic ominął po drodze ponad 50 zeszytów. Dużą ich część znajdziemy w omawianym tomie. Za scenariusz całego tomu odpowiada Chris Claremont, który wyciągnął tę zapomnianą serię z niebytu i przez kilkanaście lat pisał scenariusze do komiksów o mutantach pod różnymi szyldami. Do 1991 zarządzał całą tą linią wydawniczą. Dzięki temu całość była spójna i jednorodna pod względem ogólnej fabuły, jej kierunku oraz charakterystyki postaci, co obecnie jest coraz rzadsze w komiksie superbohaterskim.
X-men. Saga Miotu to początek okresu gwałtownego rozwoju całej franczyzy. Pojawiają się miniserie o poszczególnych postaciach (najważniejsza to bez wątpienia ta o Wolverine z rysunkami Franka Millera, ale też Magik o losach siostry Colossusa, Ilyany Rasputin). Końcówka tego tomu wprowadza też New Mutants. Nową grupę, która w założeniu miała stanowić ławkę rezerwową dla głównej drużyny i której członkowie mieli w naturalny sposób zastępować pierwotnych X-men.
Gościnnie Bill Sienkiewicz
Początek wydawania osobnej serii o ich perypetiach przypada na końcówkę tego tomu. Egmont jakiś czas temu wydał najważniejsze fragmenty tejże z fenomenalnymi rysunkami Billa Sienkiewicza, które wyniosły go na szczyt popularności. Potem utrwala swoje miejsce pośród najciekawszych ówczesnych twórców dzięki serii Elektra: Assassin scenariusza Franka Millera.
Sienkiewicz pojawia się też w tym tomie gościnnie z dwoma zeszytami o zmaganiach z Drakulą. Jednak w tym okresie to jeszcze młody, nieznany nikomu twórca, więc poza kilkoma ciekawszymi panelami, gdzie wykorzystuje rzadziej spotykane techniki rysunku, raczej się nie wyróżnia. Chociaż widać odmienne od pozostałych rysowników tego tomu podejście do kompozycji strony. Próby odejścia od klasycznej siatki paneli, więcej nieregularności. Wszystko wzorowane na Nealu Adamsie. W jednym z zeszytów kolory kładzie Lynn Varley, późniejsza współpracowniczka i żona Franka Millera. Stosuje ciekawy zabieg w celu pokazania kosmicznej mgławicy.
Większość zeszytów narysowali Dave Cockrum i Paul Smith. Klasowi rzemieślnicy, którzy obok Johna Byrne’a stanowili o popularności serii. Nie ma fajerwerków, ale też nie ma się do czego przyczepić. Obaj trzymają się ustalonych modeli postaci i stosują proste kadrowanie. Dzięki temu nawet najbardziej zagmatwane pomysły i wielowątkowe scenariusze są łatwe do rozczytania. Właściwie jedynym momentem, gdy nie zrozumiałem, o co chodzi, była kompletnie niepotrzebna potyczka pomiędzy X-men a New Mutants.

X-men. Saga Miotu – przykładowa strona
Wielowątkowa przeplatanka
Wspominam o wielowątkowości, bo to właściwie znak rozpoznawczy Claremonta. Począwszy od drugiego zeszytu przez cały tom przewija się główny przeciwnik, tytułowy Miot (Brood). Jednakże X-men często zostają rozdzieleni albo część po prostu nie bierze udziału w tej przygodzie. Ze względu na mnogość postaci niemożliwe jest, żeby wszyscy uczestniczyli w każdej z misji. Właściwie każdy zeszyt poza jakąś główną przygodą i emocjonującą sceną akcji zawiera kilka pomniejszych wątków, które stawiają podwaliny pod kolejne przygody lub rozwijają charakterystykę postaci i relacje między nimi.
X-men, jeśli nie strzelają w kogoś promieniami lub nie biją kogoś po twarzy, dużo rozmawiają, romansują i kłócą się. Cyclops wciąż nie może odżałować straty ukochanej i próbuje pojednać się z ojcem, który niespodziewanie wraca do jego życia. Wydaje mi się, że Claremont sugerował, że pomiędzy nim i Storm może rodzić się jakieś uczucie, ale zrezygnował z tego pomysłu. Kitty i Colossus mają się ku sobie. Ten drugi żałuje tego, co stało się z jego siostrą. Profesor Xavier z kolei jest związany z Lilandrą, imperatorową Shi’Ar.
Owe imperium pojawia się przy problemach z Jean Grey i siłą Phoenix. Od tamtego czasu cała grupa jest uwikłana w międzygalaktyczne sprawy. Staje się celem Miotu, którego królowa składa jaja w nosicielach. Ci zmieniają się następnie w przedstawicieli tej rasy, a ich materiał genetyczny wzbogaca i wzmacnia całą kolonię obcych. Mutanci obdarzeni rozmaitymi nadludzkimi zdolnościami są przez to łakomym kąskiem dla kosmitów.
Niestraszny horror
Pomysł na przeciwnika zdaje się silnie inspirowany filmem Obcy. Pojawiają się też liczne, raczej czytelne nawiązania do Gwiezdnych wojen i Star Treka. Wygląda na to, że Claremont jest fanem science-fiction i często czerpie z najpopularniejszych przedstawicieli gatunku. Niestety X-men pozostają komiksem dla nastolatków. Wolverine kilkukrotnie rozprawia się z przeciwnikami poza kadrem. O ile bardziej interesujące i przerażające mogłoby być starcie z Miotem lub konsekwencje zainfekowania przez jego królową, gdyby wiek odbiorców nie stanowił ograniczenia. Widzimy, co z takim pomysłem zrobiono chociażby we wspomnianym Obcym. Nie mówiąc już o takich filmach jak Mucha lub Coś, które wykorzystują zbliżone motywy. Od premiery omawianych komiksów trzeba będzie poczekać długie lata, żeby twórcy mogli pozwolić sobie na dosadniejszą eksplorację takiej tematyki.
Nostalgiczna lektura
Wydaje mi się, że fanów klasycznych superbohaterskich opowieści nie będę musiał długo przekonywać, że ten komiks im się spodoba. Na zeszłorocznych MFKiG widziałem przynajmniej kilku, którzy po przejrzeniu tomu czym prędzej kupowali, ciesząc się, że będą mogli poczytać to, co ich jarało, gdy byli młodsi. Nie dziwię im się. Sam zaczynałem przygodę z komiksem superbohaterskim od X-men i Dark Phoenix Saga. Sięgam więc po ten komiks ze sporą dozą nostalgii. Warto też wspomnieć, że to właściwie ostatni moment, gdy komiksy spod szyldu X-men były skupione na jednej głównej serii i można było je czytać w miarę komfortowo bez dodatkowych wykresów i schematów, jaka miniseria czy event nagle klinem wbijają się w daną opowieść.
Nie można jednak pozostawać obojętnym na wady, które dostrzegam jako dojrzalszy czytelnik. Komiksy się zestarzały. Są momentami przegadane, kiczowate, a rozwiązania czy dialogi często rażą swoją naiwnością. Nie przeszkadzało mi to w lekturze, głównie ze względu na nostalgię, jaką czuję do tytułu, i zrozumienie, że tak się po prostu wtedy pisało i rysowało komiksy. Akceptuję to z całym dobrodziejstwem inwentarza, ale postronny czytelnik, przyzwyczajony do nowszych sposobów prowadzenia narracji, może się od nich odbić.
Dziękujemy wydawnictwu za przekazanie komiksu do recenzji
Konrad Dębowski