
X-Statix – tom 2 – okładka
X-Statix, duetu Peter Milligan i Mike Allred, to kolejna świetna pozycja od wydawnictwa Mucha Comics. To jeden z najlepszych komiksów o mutantach, jakie czytałem, chociaż niekoniecznie musi przypaść do gustu miłośnikom bardziej tradycyjnych przygód superbohaterskich.
Mniej więcej tak podsumowałem pierwszy tom przygód tej drużyny. Bo nie jest to zwykły komiks o kolejnej drużynie złożonej z drugo- i trzeciorzędnych mutantów, którzy nie załapali się do jednego z pierdyliarda tytułów o X-men. Owszem, X-Statix walczą z rozmaitymi terrorystami, spiskowcami, snajperami i superłotrami, ale ich największym wrogiem są oni sami.
Dekonstrukcja przygów mutantów
Milligan na modłę Watchmen dekonstruuje mit superbohaterski. Pokazuje obdarzonych mocami mutantów jako celebrytów. Nie liczy się dla nich nic poza rozgłosem. Czasem przy okazji uratują dzieci z płonącego sierocińca lub powstrzymają jakiegoś zamachowca. Jednak jeśli lepiej sprzeda się masakra niewinnych lub zwycięstwo superłotra, to możecie być pewni, że wraz ze swoim menedżerem tak pokierują akcją, żeby tak się stało i by wyjść na tym możliwie najlepiej. Będą nawet walczyć ze Spider-Manem, gdy ten naiwnie spróbuje im pomóc. Niemożliwe, żeby ktoś inny błyszczał w świetle reflektorów.
Paradoksalnie drużyna ma najgorsze notowania, gdy na krótko wszystko w jej szeregach zdaje się układać. Część bohaterów zaakceptowała swoją seksualność. Inni znaleźli szczęście w nowych związkach. Najbardziej żądni sławy zostali awansowani w strukturach. Sielanka jednak nie trwa długo. Media nie znoszą stabilności. Coś musi się dziać. Pojawiają się więc nowi członkowie oraz problemy, które management prokuruje za pomocą kontrolowanych wycieków do mediów. Wskutek tego mutanci rzucają się sobie do gardeł, a medialna karuzela zostaje po raz kolejny wprawiona w ruch. Wiele z postaci wymyka się prostym klasyfikacjom. Miewają przebłyski ludzkich uczuć, ale często zaraz potem zachowują się cynicznie i niemoralnie.
Wciąż aktualny temat
Scenariusze Petera Milligana, chociaż osadzone w scenerii i popkulturze początku XXI wieku, wciąż pozostają aktualne. Wraz z rozwojem mediów społecznościowych i coraz większym wglądem w życie celebrytów i za kulisy sławy możliwe, że nawet bardziej. Weźmy chociażby kwestię reprezentacji mniejszości seksualnych, etnicznych lub osób niepełnosprawnych. Obecnie jest to bardzo chodliwy temat. Nie pamiętam, żeby pojawiał się w mediach 20 lat temu. Możliwe, że jako scenarzysta Milligan miał po prostu dostęp do zakulisowych dyskusji wśród producentów i marketingowców, bo porusza tę tematykę.
W X-Statix podejście do tej kwestii jest dokładnie takie jak w każdej korporacji. Wybitnie obłudne i powierzchowne. Gdy jeden z członków (będący zbitką kilkunastu różnych stereotypów z lat dziewięćdziesiątych) w trakcie misji traci nogi, staje się maskotką drużyny wraz z pozbawionym mocy chłopcem, którego okaleczyły miny. Ze wszystkiego można zrobić chodliwy temat dla mediów, który posłuży zarobkowi lub odrestaurowaniu podupadłej popularności. To bardzo smutny obraz mediów i społeczeństwa, bo w tym całym cynizmie giną rzeczywiste ludzkie problemy. Właściwie każdy z bohaterów powinien udać się na długą terapię, bo przebywanie w świetle fleszy zupełnie nie służy ich psychice.
Bad news is good news
Oczywiście najlepiej sprzedaje się konflikt i śmierć. Tak jak w poprzednim tomie, nie przywiązywałbym się zbytnio do bohaterów. Z każdego zgonu lub innej tragedii robi się widowisko, na którym zyskują ci, którym udało się przeżyć. Najlepszą historią w tomie jest chyba kilka zeszytów o Henrietcie. To młodociana europejska gwiazdka pop, która powstała z martwych i realizuje się przez autentyczną pomoc potrzebującym. Nie jest to zbyt dobrze widziane, bo odciąga uwagę od innych członków drużyny. Ci postanawiają, że musi spotkać ją wypadek w trakcie akcji. O co, jak już pisałem, nie jest trudno. Henrietta pierwotnie miała być księżną Dianą, ale przestraszono się reakcji opinii publicznej. Pomimo tego, że usunięto ze scenariusza wszelkie nawiązania do niej i brytyjskiej rodziny królewskiej, pewne podobieństwa pozostają czytelne.
Wspominałem już o dynamicznej, popartowej kresce Mike’a Allreda i żywych, nasyconych kolorach Laury Allred. To niezmienny znak jakości. W tym tomie gościnnie pojawiają się inni świetni rysownicy: Paul Pope, Darwyn Cooke, Phil Bond (brytyjski rysownik, mąż redaktorki DC Vertigo, Shelly Bond) oraz Frank Quitely (na jednej z okładek). To rysownicy odrobinę różniący się od Allreda, ale każdego cechuje zawieszenie w idealnym, według mnie, miejscu pomiędzy realizmem a karykaturą oraz świetny zmysł projektowy. Kolory spajają te wszystkie ciekawe style w jedną całość. Wizualnie ten komiks jest fenomenalny. Nie obraziłbym się, gdyby więcej superbohaterskich produkcji poszło w tym kierunku.
Tak jak pisałem w otwierających ten tekst zdaniach, to raczej nie jest komiks dla fanów kreskowania Scotta Williamsa na ołówkach Jima Lee i bardziej tradycyjnych mutanckich nawalanek. Owszem, pojedynki są, ale stanowią jedynie tło dla interakcji pomiędzy postaciami. Autorów bardziej interesuje pokazanie zepsucia, jakie niesie ze sobą popularność, oraz problemów współczesnych mediów niż tego, jak bohater obdarzony mocą empatii pokonuje Hulka. Jeśli jako czytelnicy podzielacie te zainteresowania, jest to seria dla was.
Dziękujemy wydawcy za przekazanie komiksu do recenzji.
Konrad Dębowski