RED


Nie ma nic gorszego niż tajniak na emeryturze. Pusty dom, zero adrenaliny, codzienna rutyna zdaje się być bardziej przytłaczająca od samego myślenia o starzeniu. Nie oznacza to jednak, że agent zapomniany i odstawiony na boczny tor nie może nieźle przywalić. Choć szron na głowie i nie to zdrowie, to w ręce nadal gnat.

Obsadą „RED” można obdzielić kilka filmów akcji. Pytanie: kto tam gra, jest nie na miejscu. Właściwe powinno brzmieć: kogo tam brakuje. Gwiazdy kina ostatnich kilku dekad, zdobywcy czterech Oskarów i wielu nominacji do tej prestiżowej nagrody, stanowią o sile produkcji. Wiadomo jednak, że nawet najbardziej utalentowani aktorzy nie udźwigną źle rozpisanego filmu, a patrząc na dokonania braci Hoeber można się było głęboko zastanawiać, czy nie otrzymamy drugiego potworka pokroju „Zamieci”. Na szczęści udało się uniknąć kolejnej kompromitacji.

„RED” jest luźną adaptacją komiksu Warrena Ellisa i Cully’ego Hamnera. Na potrzeby filmu scenariusz został rozbudowany o nowych bohaterów, dzięki czemu możemy na ekranie podziwiać prawdziwą ucztę aktorskich umiejętności. Centralną postacią obrazu jest Frank Moses, emerytowany analityk CIA, którego najciekawszym zajęciem jest flirtowanie przez telefon z kobietą obsługującą fundusz emerytalny. Frank niszczy kolejne czeki, aby mieć pretekst do rozmowy z Sarą. Spokojna i nudna egzystencja dziarskiego emeryta dobiega końca, kiedy jego dom zostaje podziurawiony kulami przez nieznanych sprawców. Szybko okazuje się, że nie tylko Frank, ale też inni niewygodni eks-agenci znaleźli się na celowniku Langley. CIA stara się zatuszować dawne grzeszki, uciszając niegdysiejszych asów wywiadu. Morderczego fachu nie zapomina się jednak z dnia na dzień…

Twórcom udało się stworzyć niezwykle lekkie, sensacyjne kino, któremu bliżej do wakacyjnego blockbustera niż typowego akcyjniaka. Fabuła nie jest zawiła, ale w intencji autorów nie leżało stworzenie dzieła skomplikowanego czy mało czytelnego. Główną atrakcją obrazu jest galeria niesamowitych osobowości, sportretowanych przez znamienitych aktorów. Moses, czyli Bruce Willis, to wariacja na temat Johna McClane’a na emeryturze. Widząc wyczyny aktora, można mieć wątpliwości, kto pozbywa się ze służby takiego tajniaka. Marvin w interpretacji Johna Malkovicha to obłąkany, nieco szalony paranoik, który jak nikt inny radzi sobie z trudną sztuką kamuflażu i survivalu. Nie ufa nikomu i jest święcie przekonany, że rząd prowadzi stałą inwigilację obywateli. Malkovich stworzył niezapomnianą kreację, kradnąc każdą scenę ze swoim udziałem, a jego miny są po prostu bezcenne. Joe w wykonaniu Morgana Freemana to agent dżentelmen, który posiada szeroki wachlarz możliwości, a zwłaszcza uwielbia podglądać pielęgniarki w domu starców.

W obrazie nie mogło zabraknąć przedstawicieli obcych wywiadów. Helen Mirren gra spokojną i opanowaną Victorię – byłą pracownicę MI6 – z gracją posługującą się karabinkiem snajperskim i nie tylko. Natomiast Brian Cox mógł podszlifować swój rosyjski, wcielając się w rolę dawnego szpiega zza Żelaznej Kurtyny. Nie sposób też nie wspomnieć o żywej ikonie kina. Wciąż aktywnemu zawodowo Ernestowi Borgnine przypadła w udziale niewielka, acz zabawna rólka archiwisty CIA. Obchodzący w tym roku dziewięćdziesiąte trzecie urodziny aktor pokazał, że jemu emerytura nie jest straszna. Wraz z długowiecznym Elim Wallachem (ostatnio w „Wall Street: Pieniądz nie śpi” i „Autorze Widmo”) reprezentują zapomnianą już starą szkołę aktorską.

Największym, a zarazem pozytywnym zaskoczeniem „RED”, jest kreacja znanej z serialu „Trawka” Mary-Louise Parker, która w kilku momentach przyćmiła największe gwiazdy. Między Sarą a Frankiem od początku iskrzy, rodzi się delikatna więź, która powolutku dojrzewa. Związek między tą parą staje się czołowym wątkiem, generującym całe morze komicznych sytuacji czy dowcipnych dialogów.

Przy takim ścisku gwiazd wielkiego formatu Robertowi Schwentke udało się wręcz idealnie rozłożyć akcenty między każdą z nich. Nikt nie został pominięty, otrzymując swoje pięć minut na ekranie. Komediowa konwencja również sprawdziła się w tym przypadku bez zarzutu. Intryga stała się tłem dla gagów, ciętych ripost, nieustającej przygody oraz romansu. „RED” to podręcznikowy przykład na kino dostarczające widzom godziwej rozrywki, a aktorom nieograniczonej zabawy. Obserwując ich zmagania łatwo dojść do wniosku, że sporo frajdy musiało sprawić im zgrywanie twardzieli gotowych rozłożyć na łopatki całe CIA.

Trudno też nie zauważyć, że nie jest to dla wspomnianych aktorów pierwszy flirt z ekranizacją komiksu. Mają oni na koncie występy w takich produkcjach jak „Sin City”, „Surogaci”, „Wanted”, „Mroczny rycerz”, „X-Men 2”, „Fantastyczna Czwórka”, „Jonah Hex”. Analizując zapowiedzi na najbliższe lata, można śmiało powiedzieć, że ów trend zyskuje coraz większą popularność, a niektórzy celebryci w bohaterach historyjek obrazkowych widzą szansę i sposób na karierę.

„RED” polecam jako kawał dobrego kina obfitującego w żywe dialogi i niezapomniane kreacje. Obraz Roberta Schwentke to miłe zaskoczenie tej jesieni, miejmy nadzieję, że nie jedyne.

Marcin Andrys

„RED”
Reżyseria: Robert Schwentke
Scenariusz: Erich i Jon Hoeber
Na podstawie komiksu Warrena Ellisa i Cully’ego Hamnera
Obsada: Bruce Willis, Morgan Freeman, Helen Mirren, Brian Cox, John Malkovich, Karl Urban, Mary-Louise Parker, Richard Dreyfuss, Julian McMahon, Ernest Borgnine
Montaż: Thom Noble
Zdjęcia: Florian Ballhaus
Kostiumy: Susan Lyall
Czas trwania: 111 minut

Tekst powstał dla magazynu „KZ” i portalu „Paradoks”