MEMORIES


W kilka lat po ogromnym sukcesie „Akiry” Katsuhiro Otomo ponownie dokonał adaptacji własnego komiksu, tym razem w ramach projektu „Memories”. Tytuł ten jest zarazem tytułem zbioru trzech krótkometrażowych animacji, którego kinowa premiera miała miejsce w grudniu 1995 roku, jak i trzydziesto-stronicowej komiksowej nowelki stworzonej przez Otomo w 1980 roku.

Pomysłodawcą i głównym wykonawcą projektu „Memories” był oczywiście sam Katsuhiro Otomo. Jednakże zmęczony ogromem pracy, jaki wykonał podczas ekranizacji „Akiry”, postanowił tym razem nie kontrolować każdego aspektu produkcji. Nie znaczy to, iż usunął się w cień – nie miejmy wątpliwości, że to właśnie jego osobowość, talent i poświęcenie wyniosły „Memories” wysoko ponad poziom przeciętności. Oprócz nadzorowania produkcji, Otomo osobiście pracował na wybranymi elementami każdej z trzech animacji. Jego udział był najmniejszy w „Magnetic Rose” w reżyserii Koji Morimoto, zrealizowanej na podstawie wspomnianej już nowelki. Do „Stink Bomb”, w reżyserii Tensai Okamury, dostarczył podstawę fabuły, scenariusz i projekty postaci, by wreszcie w ostatnim epizodzie pod tytułem „Cannon Fodder” zająć się większością prac, od scenariusza, poprzez storyboardy, po reżyserię całego epizodu.

Ze względu na związki animacji z komiksem, skupmy uwagę na właśnie na otwierającą zbiór „Memories” animację, czyli „Magnetic Rose”. Wyreżyserował ją wspomniany wcześniej Koji Morimoto, doświadczony scenarzysta, który w przyszłości pracował między innymi przy „Animatrix”. Pierwotnie zamiast adaptacji „Memories” rozważano realizację „Farewell to Weapons” – innej krótkiego komiksu Otomo, który doczekał się wydania także w USA jako osobny zeszyt. Ostatecznie jednak wybrano „Memories”, przemianowane na „Magnetic Rose”, by uzyskać większą różnorodność i równowagę w tematyce w obrębie całego zbioru.

Podobnie jak w przypadku „Akiry”, w „Memories” zastosowano nieprzeciętną metodę adaptacji, dzięki której nie ma sensu wystawiać oceny w kategorii wierności przekładu, gdyż mamy do czynienia z dwiema wariacjami tej samej opowieści, które dostosowują się do możliwości, jakie daje im dane medium. Różnice są znaczne, acz punkt wyjścia fabuły w obydwu przypadkach jest identyczny: załoga statku utylizującego kosmiczny złom przyjmuje niebezpieczne zlecenie do wykonania w pobliżu aktywnego pola magnetycznego. Po przybyciu na miejsce otrzymują tajemniczy sygnał S.O.S dochodzący z olbrzymiej bryły złomu. Dwóch członków załogi zapuszcza się w jej głąb, próbując odnaleźć źródło sygnału, jednakże odnajdują tam opustoszałą luksusową rezydencję, której wystrój i zawartość sugerują, że należy ona do tajemniczej i pięknej kobiety.

O ile szkielet fabuły pozostał dość podobny, film znacząco rozszerzył wątki, które znalazły się w komiksie oraz całkowicie odmienił jej bohaterów. Choć wykonują tę samą pracę i misję, to w komiksie czujemy, że obserwujemy zwykłych złomiarzy (tyle, że kosmicznych) i aczkolwiek nie czujemy do nich antypatii, to jednocześnie nie potrafimy obdarzyć ich sympatią. W dodatku praktycznie nie można nawet wyróżnić wśród nich głównego bohatera, podczas gdy w filmie na czoło wysuwa się postać Heintza – doświadczonego i rzetelnego pracownika, naznaczonego przez niedawną rodziną traumę. Kontrastuje z nim młodszy Miguel – nieco lekkomyślny wielbiciel kobiet. Co więcej, w filmie postać lokatorki kosmicznej rezydencji staje się pełnoetatową postacią, podczas gdy w komiksie autor wysyła do nas strzępki informacji na jej temat. Wszystko to zmienia charakter fabuły i o ile komiks był thrillerem sci-fi, to film podąża w kierunku horroru, po drodze eksponując wątki psychologiczne, zwłaszcza motyw wspomnień.

O zmianach zadecydował sam Morimoto, który słusznie przewidział, że wątki z krótkiego komiksu nie wystarczą na utrzymanie uwagi widza przez 40 minut, o ile znacząco się ich nie rozbuduje. Dzięki postawie Otomo, który nie trzymał się ślepo oryginału oraz tradycyjnemu japońskiemu perfekcjonizmowi, „Magnetic Rose” stał się jedną z najlepszych anime lat 90-tych. Opowieść wyzwolona z ram ledwie trzydziesto-stronicowego komiksu zakwitła najpełniej na srebrnym ekranie, acz obecnie film ten jest nieco zapomniany. Wielka szkoda, choć trzeba przyznać, że jest to produkcja wymagająca od widza i o ile za pierwszym razem zachwyci nas dopracowaną oprawą plastyczną i oryginalną fabułą, to do docenienia jej pełnej wartości i wyłapania większości niuansów potrzeba co najmniej kilku seansów więcej.

Dodam, że całość genialnie – i nie jest to przesada – spina oprawa muzyczna, za którą odpowiedzialna była Yoko Kanno, łącząca niebanalne premierowe kompozycje z użyciem motywów z opery „Madame Buterfly”. Muzyka dopisuje też w dwóch pozostałych nowelkach, dynamicznym i nieco groteskowym „Stink Bomb” oraz steampunkowym „Cannon Fodder”, ale do „Magnetic Rose” powraca się najchętniej. I co ciekawe, to samo tyczy się także samych animacji. Obejrzenie tej noweli filmowej poleciłbym każdemu, kto lubi japońską animację, z kolei komiksu, mimo że także wybijającego się ponad przeciętną, nie uznałbym za lekturę obowiązkową. Mówiąc wprost – filmowa adaptacja przyćmiła komiksowy oryginał.

Na koniec garść przydatnych informacji. Komiks „Memories” można zakupić po angielsku w osobnym kolorowym zeszycie przez Epic Comics w 1990 lub (także w kolorze) w zbiorze „Memories”, znanym również pod tytułami: „Katsuhiro Otomo Anthology #1” i „Katsuhiro Otomo: The Collection” wydanymi w latach 1990 i 1995. Ze względu na jego wysoką cenę i trudności w zdobyciu można też spróbować wydań w innych językach: japońskim, francuskim, niemieckim i hiszpańskim.

Na szczęście film „Memories” można bez kłopotu kupić na DVD. Dostępnych jest kilka wydań, posiadana przeze mnie brytyjska edycja z 2008 roku ma ścieżkę dźwiękową w języku japońskim i niemieckim (dźwięk 5.1) oraz włoskim i hiszpańskim (surround). Napisy są dostępne także po angielsku, holendersku, portugalsku, turecku, arabsku i hindi. Polskiego nie stwierdzono, podobnie jak polskiego wydania zarówno filmu jak i komiksu.

Karol Wiśniewski